Jak wiadomo rząd wprowadził na czas pandemii poważne ograniczenia w mobilności, a wśród nich wymóg dystansu między osobami poruszającymi się pieszo. Z początku wynosił on nie mniej niż 1,5 metra, a ostatnio wzrósł do 2 metrów. (źródło grafiki: Ministerstwo Zdrowia)

Ale przecież jeden wymiar to nie wszystko! Dlatego w trosce o pieszych Warszawa wkrótce zamknie te chodniki, na których niedostateczna szerokość nie pozwala zachować pieszym bezpiecznego dystansu wszerz. Chodzi zwłaszcza o mijanie się osób idących z przeciwka czy wyprzedzanie idących wolniej.

Dokładna lista wyłączonych odcinków wkrótce pojawi się w witrynie www.um.warszawa.pl Przygotowanie całego procesu okazało się kłopotliwe i czasochłonne z uwagi na skalę – wszak w stolicy roi się od chodników o minimalistycznej geometrii. Nie brakuje też substandardowo i nieprzepisowo wąskich. Tym niemniej możemy wskazać kilka pewnych typów, na których prezydent Rafał Trzaskowski niebawem powie pieszym No pasaran!

Najbardziej znany i ekstremalny przykład leży oczywiście na Marszałkowskiej. Jak dotąd eliminował on jedynie zagrożenie w postaci nadmiernej ruchliwości inwalidów na wózkach czy matek z płaczącymi dziećmi w wózkach. Teraz w imię zdrowia narodowego zostanie całkowicie zamknięty nawet dla obywatelek i obywateli dbających o linię, którzy demonstrowali tutaj swoją szczupłość.

Interesującego przykładu dostarcza ulica Zabłocińska. Specjaliści ze ZMID-u wykazali się tam niezwykłą troską. Zabezpieczyli słupkami przed aneksją przez parkujących zmotoryzowanych cały metr należny pieszym. Nie bójmy się powiedzieć więcej – zagwarantowano pieszym aż sto centymetrów! I choć może spoza samochodu nie wygląda to rewelacyjnie, to brzmi naprawdę dumnie i bezkompromisowo.

Miejsce to trzeba oceniać przez pryzmat nowoczesnych trendów, które ZMID od dawna przyswaja i z powodzeniem wdraża, a nie jakichś humanistycznych zabobonów. Bo przecież bez dwóch pasów rozdzielających ruch ta osiedlowa uliczka nie mogłaby się obyć. Wyglądałaby biednie i nienaturalnie odstawała od reszty skrzyżowania. Pieszym po prostu nie dało się fizycznie zapewnić niczego więcej...

...także nieco dalej na wschód. Trzeba przyznać, że ZMID wykazał się dużą zdolnością przewidywania nadchodzących zjawisk globalnych i ograniczeń ruchu pieszego. Dyrektor Anna Piotrowska zdradza, że z przyszłych projektów chodniki będą sukcesywnie eliminowane jako niezdrowy przeżytek i patogen na tkance miejskiej. Przyznajcie sami, szanowni czytelnicy, o ileż zdrowiej i estetyczniej wyglądałaby przestrzeń z tego zdjęcia bez betonowych płyt, słupków i z asfaltem do samego muru oporowego?

Podobne nastawienie innej jednostki dobrze ilustruje trwająca przebudowa alei Zjednoczenia [zobacz >>>]. Zarząd Dróg Miejskich w momencie oddania do użytkowania wyłączy z użytkowania pełen wąskich gardeł chodnik naprzeciwko remizy strażackiej.

Czy to wina dyrekcji ZDM, tego czy innego biura albo prezydenta Trzaskowskiego, że budowniczowie tej przedwojennej alei nie pomyśleli, żeby nakreślić ją z większym zapasem pod przyszłe potrzeby? Jak komuś to nie odpowiada, niech pisze swe lewackie zażalenia na Berdyczów do Piłsudskiego.

Bądźmy uczciwi – dbałość o zdrowie pieszych jak najbardziej przemawia za tym, by nie wystawiać ich na ryzyko kolizji z coraz liczniej i szybciej jeżdżącymi tuż obok rowerami [zobacz >>>]. Wszak właśnie w rowerze dostrzega się obecnie sposób zapewnienia mobilności mimo epidemii i jej wpływu na inne środki lokomocji. Dlatego z tym posunięciem dyrektora ZDM i pełnomocnika prezydenta bardzo trudno byłoby polemizować.

Wyłączony z użytku będzie też ten z niezwykłym rozmachem zaprojektowany przystanek. Wyjdzie to ludności na zdrowie – chroniąc ją przed czekaniem bez zadaszenia na deszczu, wietrze czy słonecznym skwarze.

Dla porównania zestawmy także i tutaj widoczne wyżej szerokości z tym, co ZDM zadedykował tuż obok samochodom – w nich widząc przyszłość w tych niepewnych czasach.

Ratusz spodziewa się naruszania zakazów przez pieszych, którym mogą one odciąć dojście do domu, sklepu czy uniemożliwić dostanie się na przystanek. Dlatego wiceprezydent Soszyński prowadzi intensywne rozmowy ze stołeczną policją i zachęca ją do wzmożonej kontroli i egzekwowania zakazów. Zdrowie ma przecież swoją cenę i nie może być pobłażania dla anarchii i warcholstwa nieodpowiedzialnych jednostek. Porządek musi być!

Proszący o anonimowość urzędnik zdradza nam jednak, że pewna grupa w ratuszu o nieco innych zapatrywaniach na priorytety środków transportu próbuje przeforsować mniej drastyczne rozwiązanie. Otóż mieszkańcy otrzymaliby czerwone i pomarańczowe chorągiewki [zobacz >>>] i machaliby nimi z okien do funkcjonariuszy na ulicy, a ci ostatni dowoziliby ich radiowozami we wskazane miejsce by uniknąć zagrożeń ruchu pieszego.