W niedzielę mija dziesięć lat od przyjęcia przez Zarząd m.st. Warszawy uchwały 188/C/96 z dnia 25 czerwca 1996 roku w sprawie tworzenia warunków dla komunikacji rowerowej [zobacz >>>].

Przez cały ten długi czas wszystkie jednostki organizacyjne podległe Zarządowi (m.in. ZDM, ZTM i ZOM) miały obowiązek uwzględniania w swej działalności potrzeb ruchu rowerowego i konsultacji z przedstawicielami promujących go środowisk. Niestety, mijająca dekada przyniosła głównie uodpornienie władz na żądania tych środowisk, systematyczne łamanie i omijanie aktu lokalnego prawa, jakim jest Uchwała.

Przez 10 lat obowiązywania Uchwały władze miały mnóstwo czasu. Rozsądnie planując działania można było opleść całe miasto siecią dróg, uzupełnić je wielokroć tańszymi pasami na jezdniach, zorganizować przechowalnie i wypożyczalnie. Rower mógł stać się istotnym transportowym wsparciem dla miasta grzęznącego w korkach i zadymionego spalinami.

Już dawno można było, a nawet należało, wypracować standardy projektowe i wykonawcze, dzięki którym przynajmniej te nieliczne odcinki dróg, jakie wybudowano, rzeczywiście nadawałyby się dla rowerów.

Standardów nadal nie ma, a ścieżki sprawiają wrażenie jakby były dziełem osób, które nigdy nie jechały na rowerze i nie znają praw fizyki, nie mówiąc już o czymś takim, jak dobra inżynierska praktyka i oszczędność. Nie muszą - to przecież my podatnicy finansujemy te wszystkie rowerowe buble i tory przeszkód.

Już dawno należało powołać miejski zespół lub pełnomocnika ds. rozwoju transportu rowerowego. Jego brak skutkuje odwlekaniem inwestycji rowerowych i brakiem koordynacji tego, co w rozproszeniu robią 24 Zarządy, Biura i Wydziały "zajmujące się" w Warszawie infrastrukturą rowerową.

Już dawno należało zacząć stosować pasy dla rowerów w jezdni, oprócz wydzielonych ścieżek, i wykorzystywać każdą okazję remontu w pasie drogi.

Dziesiątki okazji zmarnowano przy remontach chodników [zobacz >>>]. Efekt? Na Kasprzaka, Żeromskiego, Al. Solidarności, Świętokrzyskiej i wielu innych wyremontowanych ulicach rowerzysta ma do wyboru jazdę nielegalną lub niebezpieczną. A koszty ew. zmian (wielokroć większe w porównaniu z wykonaniem wszystkich za jednym zamachem) poniosą przyszli podatnicy. Czy ta wieloletnia, naganna niegospodarność nikomu w Ratuszu nie przeszkadza?