Warszawskie standardy projektowe i wykonawcze dla systemu rowerowego teoretycznie obowiązują od 13 lat [zobacz >>>]. W praktyce urząd miasta wciąż nie zdołał ich przyswoić i wdrożyć. Co gorsza powołany do nadzoru nad całokształtem transportu rowerowego Pełnomocnik traktuje ten systemowy problem jak doraźne utrudnienie w rodzaju dziury w jezdni i odsyła na miejską infolinię. Ludzie, dzwońcie na 19115 i powiedzcie nam, jak zarządzać miastem, bo nie dajemy rady!

Od biurokracji do ekstrapolacji

Jesienią opisaliśmy przykład nieznajomości miejskich standardów rowerowych i bezmyślnego zastawiania na rowerzystów pułapek w postaci ławek na ul. Marymonckiej [zobacz >>>]. Wkrótce potem podjęto drugą próbę ich ustawienia, która wypadła wprawdzie nieco lepiej, ale zgodności z prawem lokalnym wciąż nie udało się osiągnąć.

Tak wyglądała próba numer jeden – ciąg pieszo-rowerowy zawężony ławkami.

Na początku listopada ub.r. nastąpiła próba numer dwa. Ławki odkręcono od asfaltu i zamocowano do fundamentów wkopanych w grunt. Krawędź ławki niemal idealnie pokrywa się z zewnętrzną linią krawężnika. Zza biurka pewnie tego nie widać, ale zawadzenie pedałem, kolanem, sakwą czy przyczepką o tę niezbyt widoczną przeszkodę już od pół roku zagraża użytkownikom.

Nauki ścisłe i techniczne nie zawsze znają idealny przepis na rozwiązanie trudnego zadania. Nierzadko muszą do niego dochodzić drogą kolejnych przybliżeń czy interpolacji. Wynik nie jest wtedy idealny, ale stopniowo można go poprawiać, aż osiągnie parametry wystarczające dla danego zastosowania. Przypadek Marymonckiej wygląda, jakby ktoś postanowił zastosować interpolacyjne podejście do zagospodarowania pasa drogi publicznej względem obowiązujących przepisów z braku tych ostatnich. Zamiast je przeczytać i zastosować, uznał swą koncepcję za ,,mniej więcej” prawidłową i posłał robotników w teren. Gdy próba się nie powiodła, przeprowadził kolejne przybliżenie – a nóż widelec się uda? Niestety, znów wyszło źle. Co gorsza – wiedza o efektach nie dotarła chyba tam, gdzie dotrzeć powinna.

Do ilu razy sztuka?

Wydawałoby się, że po pierwszej wpadce ktoś zada sobie trud sięgnięcia do właściwych źródeł, które mówią, jak prawidłowo uchronić cyklistów od zagrożenia kolizją z obiektami sąsiadującymi z ciągiem rowerowym. Niestety... Sytuacja wciąż narusza wymogi punktu 3.4 Warszawskich standardów projektowych i wykonawczych dla systemu rowerowego. Nakazują one zapewnić odpowiednią skrajnię dla ruchu rowerowego (p. 3.4.1) i ustalają minimalną odległość krawędzi ddr od wszelkich wystających z ziemi obiektów na 50 cm (p. 3.4.2).

W przypadku intensywnie używanego i zarazem substandardowego ciągu współdzielonego z pieszymi wolne od przeszkód ,,pobocze” staje się jeszcze bardziej istotne. Obecność licznych pieszych zwiększa prawdopodobieństwo konieczności nagłego omijania ich czy unikania zderzenia z kimś omijającym i jadącym z naprzeciwka. W takich przypadkach lepiej awaryjnie wyhamować na trawniku, niż w czyimś bagażniku.

Co z tego wynika dla Pseudomocnika?

Choć służby miejskie od dziesięcioleci przyzwyczajały nas do swej niekonsekwencji i kiepskiego nadzoru nad realizacją przedsięwzięć, przykład ławek na Marymonckiej wygląda szczególnie niepokojąco w zestawieniu z reakcją Pełnomocnika.

Warto przypomnieć, że Pełnomocnik funkcjonuje w strukturach ratusza od 15 lat. Od dekady powołany na to stanowisko Łukasz Puchalski posiada uprawnienia nadzoru i koordynacji wszelkich działań związanych z warunkami ruchu rowerowego. Wydaje się, że od tak umocowanego urzędnika można by oczekiwać podjęcia z urzędu trzech działań:
1. doraźnej eliminacji zagrożenia,
2. znalezienia przyczyn systemowych zajścia takiej sytuacji i
3. skorygowania procedur w taki sposób, aby w przyszłości podobny błąd nie wystąpił.

Pełnomocnik upozorował coś w zakresie punktu 1 – ze skutkiem widocznym na zdjęciu powyżej. Nie omieszkał przy tym publicznie wyrazić swego braku zainteresowania jakością procedur i jej wpływem na bezpieczeństwo i inne kluczowe cechy infrastruktury rowerowej. Tak trzeba nazwać odesłanie niezadowolonych do centrum kontaktu 19115. Oto migawka tego wpisu na FB z października ub.r.

Sądziłem, że specyfika tego problemu jest jasna i oczywista. Nie spowodowały go przecież czynniki losowe, które zwykle czynią szkody w infrastrukturze (gałąź na drodze zwalona wiatrem, dziura wymyta przez ulewę, oberwany znak itp.) Zagrożenie w postaci nieprzepisowo ustawionych ławek wynikło z zamierzonego, intencjonalnego działania służb miejskich. Czy Pełnomocnik widzi w postępowaniu swych kolegów cechy klęsk żywiołowych, skoro poleca na nie to samo remedium? Czy naprawdę nie dostrzegł, że racjonalne działania miasta, poparte projektami i przepisami, to jednak inna kategoria zjawisk niż burza, wypadek czy pęknięcie rury? Że tu potrzeba innego lekarstwa?

Próbować leczyć chore pomysły oddolnie przez infolinię oczywiście można. Ale nie rokuje to dużych nadziei, skoro urzędnik, któremu powierzono odpowiedzialność za całokształt warunków ruchu rowerowego, jednoznacznie od niej ucieka. Przewiduje, że ławki w skrajni dróg rowerowych nadal będą się pojawiać, i to my obywatele mamy użerać się z problemem, bo on jest zbyt zajęty ważniejszymi tematami: lansem w Internecie, ,,Rowerowym Majem” i rozdawaniem cyklistom jabłek. Jakby nie dostrzegał, że stawia pod znakiem zapytania sens instytucji Pełnomocnika jako całościowego, systemowego i wszechstronnego zarządzania podejściem miasta do roweru. Czy w takim razie nie powinien abdykować?

To mniej więcej próbowałem uzmysłowić Pełnomocnikowi we wspomnianym wątku na jego profilu. Odpowiedzi ad meritum się nie doczekałem. Potwierdziło to raz jeszcze, że skrajnia otwartości Pełnomocnika na dyskusję sięga tylko do miejsca, w którym poruszona kwestia staje się zbyt niewygodna [zobacz >>>].

Podpowiedź

Może ten artykuł spowoduje (tak jak poprzedni) kolejną próbę naprawienia błędu? Czy jednak będzie ona skuteczna? Trudno nie mieć obaw. By uniknąć dalszych odsłon niekompetencji i marnotrawstwa podpowiadamy: kolejne odsunięcie ławek – tym razem na przepisową odległość pół metra od krawężnika – nie wystarczy.

Nogi siedzących nadal będą wówczas w skrajni ciągu rowerowego. Zwłaszcza że siedząc można je wyprostować jak w pozycji półleżącej.

Szpital wprawdzie jest tuż obok, ale lepiej zapobiegać urazom, niż przysparzać pracy chirurgom na urazówce. Umieszczanie ławek obok tras rowerowych nie jest więc tak proste, jak z pozoru mogłoby się wydawać, wymaga więcej pomyślunku i staranności.

Odrębną kwestią jest zasadność umieszczania aż 10 ławek na odcinku zaledwie 200 metrów między torowiskiem a ruchliwą, hałaśliwą arterią. Ich widoczny w Warszawie niedobór [zobacz >>>] tym bardziej przemawia za uzupełnianiem go rozsądnie i sensownie, a nie parcie na ilość kosztem jakości.

Kierując się jakością można było np. postawić ławki na tej pozostałości przystanku z gotowym i dziś niepotrzebnym utwardzeniem. Często oczekujący na autobus muszą tutaj stać z braku miejsc siedzących. Dlaczego tak się nie stało?

Zobacz też

Przestrzeganie standardów rowerowych nie tak ważne jak ich zapożyczenie przez inne miasto [zobacz >>>]

Uniki Pełnomocnika i co z nich wynika [zobacz >>>]

Milcząca zgoda Pełnomocnika na zlekceważenie ruchu rowerowego w parku linearnym wzdłuż kolejowej linii radomskiej [zobacz >>>]

Urzędnicza etyka na miarę pełnomocnika [zobacz >>>]