Od zarządów dróg, inżynierów ruchu i wszelkiej maści specjalistów ciągle słyszymy, że gdzieś coś się absolutnie nie zmieści. Tu nie ma miejsca na kontrapas, tam nie wjedzie autobus, a gdzie indziej nie da rady wcisnąć drogi rowerowej. Tory tramwajowe nie mieszczą się nawet w budowanych od zera arteriach [zobacz >>>]. Tymczasem tak naprawdę w polskich miastach miejsca jest pod dostatkiem, w pasach drogowych można boiska futbolowe urządzać. Taki Berlin czy Amsterdam mają często ulice dalece bardziej ciasne od naszych. I dają sobie radę. Jak? Oto kolejny odcinek naszej serii fotorelacji z wizyty studyjnej [zobacz >>>].

Tramwaje, rowerzyści, piesi

By szok nie był za duży, zacznijmy na spokojnie – od placu przy dworcu kolejowym w Hanowerze, gdzie teoretycznie miejsca dla nikogo nie brakuje.

Mimo to na placu poruszać się mogą tylko piesi, rowerzyści i komunikacja miejska. Taka jest polityka transportowa miasta – czy się to komuś podoba, czy nie. Tylko, że tutaj polityka transportowa nie kurzy się w szafie.

Według polskich fachowców od (nie)bezpieczeństwa ruchu, to już ekstremalnie niebezpieczne miejsce. Naszym zdaniem jest inaczej. Aby to udowodnić użyjemy pewnej gradacji związanej z długością geograficzną: to jest Hanower i jest szeroko.

Nieco ciaśniej jest w Bremie – na ciągu pieszym z dopuszczonym ruchem komunikacji zbiorowej i rowerów.

W Amsterdamie ma już miejsce prawdziwa Holenderska masakra tramwajem elektrycznym.

Przyjrzyjmy się temu bliżej. Tutaj tak naprawdę są dwa tory, a ruch tramwajów jest dwukierunkowy. Jednak z powodu braku miejsca, tory nachodzą na siebie. Ruch tramwajów odbywa się wahadłowo. Podobne rozwiązanie, choć na krótszym odcinku, pokazywaliśmy w relacji z Pragi czeskiej [zobacz >>>].

Mijanki z przystankami tramwajowymi zorganizowano na mostach nad kanałami – czyli w miejscach... najszerszych. To też odwrotnie niż u nas.

Ruch tramwajowy, jak widać, jest tu bardzo intensywny. Pod tym względem ustępuje jedynie ruchowi pieszemu.

I jeszcze widok ze środka tramwaju. Jak widać, żaden pieszy lub rowerzysta pod koła nie wpada, a szyba pojazdu nie jest zachlapana krwią. Pomimo braku sygnalizacji świetlnej, barierek, wygrodzeń i innych zasieków.

Piesi, rowerzyści, auta

Zacznijmy znowu spokojnie, by nie było szoku. Oto dość szeroka – zaledwie dwukrotnie węższa od Nowogrodzkiej – ulica z kontrapasem rowerowym.

Obok (kontra-)pasa są miejsca parkingowe. Holendrzy tłumaczą to tak: Gdy pasów nie ma, rowerzysta też jedzie z prawej i tak samo znajduje się w zasięgu otwierających się drzwi i ruszających aut. Widząc rowerzystkę po prawej – trudno się nie zgodzić.

W Amsterdamie rowery wielośladowe mijają się z samochodami nawet na węższych ulicach.

Warszawskim urzędnikom w głowach się nie mieści, że rowerzysta może jeździć po Starówce. A żeby do tego dwukierunkowo na ulicy węższej niż większość pasów ruchu w Warszawie?

Poziom „hardkoru” Holendrzy osiągają dopiero mijając się z autobusami komunikacji publicznej na Starówce. Ruch dla rowerów na tej ulicy jest oczywiście dwukierunkowy, a ruch pieszy też niemały (choć akurat nie w czasie opadów deszczu, kiedy robiono to zdjęcie).

Tutaj też Starówka, tylko w Zutphen. Tu rowery też jeżdżą dwukierunkowo. Z szerokością ulicy jest za to coraz bardziej ekstremalnie. Postawionego tu znaku o maksymalnej szerokości auta naprawdę lepiej przestrzegać.

Gdzie Holender roweru nie wciśnie

Aby nie zakłamywać dodajmy: Tak, Holendrzy czasem też uznają ulice za zbyt wąskie i niebezpieczne, by mieszać na nich ruch rowerów i pieszych. Oto taka ulica w dzielnicy „czerwonych latarni” w Amsterdamie.

W kolejnym odcinku

W kolejnym odcinku serii łaskawie dopuścimy ruch aut po… ulicach. Zaglądajcie więc regularnie na naszą stronę. Pokazaliśmy Wam bowiem dopiero około stu zdjęć. A mamy ich kilka tysięcy. ;-)