Po krótkiej, bo jedynie półtorarocznej przerwie, do Polski ma ponownie trafiać masa samochodów, których chcą się pozbyć inne kraje. Wystarczy spojrzeć na statystyki, by przekonać się, że jest to zjawisko na dużą skalę: w 2002 roku, przed wprowadzeniem zakazu importu złomu, sprowadzano do Polski o ponad 130 000 nadużywanych samochodów więcej niż w roku następnym. Powody, dla których są one tanio wyprzedawane są aż za jasne: samochody te nie spełniają aktualnych norm ochrony środowiska obowiązujących w Unii Europejskiej (konkretniej, standardu Euro2), a za utylizację do niczego już nie nadających się starych pojazdów będzie płacił rząd kraju, w którym ostatecznie przestaną one być użytkowane. Pieniędzy na to będzie oczywiście miał mniej ze względu na niższy popyt na samochody produkowane w kraju, a tym samym większe bezrobocie i niższe wpływy z podatków.

Wszystko to jest skutkiem pełnego otwarcia rynku między członkami Unii Europejskiej, co wymusza zniesienie zakazu importu oraz podatku VAT, jednak po działaniach polskiego rządu nie widać by zależało mu na zniechęcaniu importerów samochodów uznanych za nienadające się do użytku gdzie indziej. Przykładem tego jest obcięcie o połowę (od 1000 do 500 złotych) opłaty za rejestrację w Polsce importowanego pojazdu bez ważnych dokumentów, czy obniżenie podstawy, od której naliczana jest akcyza.

Polska mogłaby jednak wzorować się nie tylko na złych stronach wolnego rynku wspólnoty europejskiej, lecz również wprowadzić pozacelne systemy kontroli importu. Przykładowo, wiele krajów z Europy Zachodniej wymaga poddania importowanych samochodów szczegółowej kontroli technicznej wykazującej, co musi być w nich wymienione zanim zostaną dopuszczone do ruchu. Koszty takich napraw zazwyczaj przerastają wartość samego samochodu, co zmniejsza zarówno ilość jeszcze szkodliwszych niż "współczesne" spalin, jak i ilość wypadków gdyż nie dochodzi do dopuszczania do ruchu pojazdów się do tego de facto nie nadających.