Przejechanie kilku kilometrów rowerem do pracy czy szkoły wielu osobom wydaje się niemożliwym wyczynem, ekstrawagancją albo lewackim dziwactwem. Czy rzeczywiście? Nasz sympatyk i autor tego tekstu pokonuje codziennie 20 km w każdą stronę – razem 40 km (jak na mapce obok). I bardzo sobie chwali. Taki wybór transportowy jest zdrowszy i pod wieloma względami korzystniejszy od innych nawet na dość długim dystansie.

Trochę wspomnień

Ciągle jeszcze pokutuje w społeczeństwie szereg osobliwych stereotypów nt. roweru. A to że tylko do rekreacji, a to że tylko sezonowo, a to że tylko przy idealnej pogodzie, a to że tylko do pewnego wieku, a to że dla biedaków, których nie stać na samochód. Wielu je przyjmuje i niepotrzebnie rezygnuje z poruszania się tym pod wieloma względami i w wielu sytuacjach najlepszym z możliwych środków transportu, chyba najwspanialszym wytworem rewolucji przemysłowej i w ogóle jednym z najlepszych wynalazków ludzkości.

Moje doświadczenie nie bardzo stereotypy te potwierdza, choć widzę wokół siebie ludzi wynajdujących najdziwniejsze powody, aby na rowerze nie jeździć. Sam jeżdżę jakoś od trzeciego czy czwartego roku życia i w wieku 52 lat uważam rower za jedną z rzeczy, bez których trudno by mi by było wyobrazić sobie swoje życie. Co więcej, zmiany w świadomości społecznej w tym temacie i zaistnienie infrastruktury przyjaznej nam – cyklistom, uważam za jedną z najważniejszych pozytywnych zmian ostatnich kilkudziesięciu lat.

Pamiętam jak w latach 90tych i na początku wieku angażowałem się w walkę o drogi rowerowe, o uszanowanie naszych praw, o uznanie nas za pełnoprawnych uczestników ruchu drogowego. Były to czasy przede wszystkim rowerów górskich i sam też wtedy taki miałem. Pomyślane do jazdy po górach i po trudnym terenie, do jazdy po mieście takim jak Warszawa nadawały się bardziej niż jakiekolwiek inne, albowiem kto nie chciał narażać życia przeciskając się między samochodami notorycznie zajeżdżającymi drogę, wymuszającymi pierwszeństwo, spychającymi na krawężnik, ten musiał jeździć slalomem między pieszymi narażając się na ich bluzgi i co chwila pokonując wysokie progi chodników. Warto tutaj dodać, że strefowe ograniczenie prędkości w obszarze zabudowanym do 50km/h nie istnieje „od zawsze” i gdy tylko temat się pojawił, zostało entuzjastycznie poparte przez nasze środowisko. Szerokie opony i niezbyt duże koła były w tym kontekście zaletą. Wadą była masa, bo często trzeba było rower nosić po jakichś schodach.

Zbiorowe przejazdy rowerowe będące rodzajem manifestacji, nie zawsze spotykały się z szerokim zrozumieniem. Policja nie od razu nas ochraniała, bywało, że raczej brutalnie pacyfikowała [zobacz >>>].

Pomimo tych systemowo-kulturowych utrudnień, to w tym właśnie okresie dobre kilka zim przejeździłem na rowerze. Nie dlatego, że byłem zahartowany. Faktycznie byłem wtedy jeszcze zmarzlakiem, którym przestałem być bardzo niedawno, ale to nie temat tego artykułu. Także nie żeby hartowanie się było wtedy moim priorytetem. Ja po prostu, w czasach gdy metra najpierw nie było, a potem jego odcinek był bardzo krótki, miałem dość marznięcia na przystankach. Bardzo szybko odkryłem, że jadąc na rowerze, zwłaszcza po śniegu - i tu znowu przewaga popularnego wtedy „górala”- znacznie więcej ciepła się generuje, aniżeli oddaje. Łatwiej o spocenie się aniżeli o przemarznięcie. Dlatego nawet podczas srogiej zimy nie należy przesadzać z ciepłą odzieżą, choć oczywiście trzeba pamiętać o zabezpieczeniu przed wychłodzeniem głowy, szyi, stóp i dłoni. Porządne rękawiczki, najlepiej typu narciarskiego to absolutny mus. Trzeba też uważać na lodzie, zwłaszcza podczas hamowania i zakręcania. No i liczyć się z ilomaś tam wywrotkami, na zasadzie, że jak się nie przewrócisz, to się nie nauczysz. Tym niemniej warto było.

Dwie dwudziestki po pięćdziesiątce? To nie problem, to przyjemność

Od tego czasu wiele się zmieniło na plus. Tak w infrastrukturze miejskiej jak i w zachowaniu innych uczestników ruchu wobec nas. Też znacznie więcej osób, w rożnym wieku jeździ dziś na rozmaitych rowerach. Aktualnie jeżdżę na rowerze trekingowym, który uważam za najbardziej uniwersalny. Dobry tak na teren, jak i na miasto, gdzie chyba tylko stylowością ustępuje rowerowi miejskiemu. Osiągami ustępuje co prawdą kolarce, ale ja aż tak się nie spieszę, a już tym bardziej nie potrzebuje z nikim się ścigać.

Poza wycieczkami za miasto – Dolina Wisły, Puszcza Kampinoska – i zabieraniem roweru na krajowe i zagraniczne wakacje, na które z przyczyn logistycznych jeżdżę autem, po to aby właśnie na nim naprawdę zwiedzać interesujący mnie region, poruszam się na rowerze po mieście w najróżniejszych celach.

Mieszkając na warszawskich Bielanach a pracując na Ursynowie, mam do pracy 20 km. Czas potrzebny na dotarcie tam na spokojnie metrem lub rowerem jest porównywalny. Wynosi jakąś godzinę z kwadransem. Samochodem w korkach byłoby o wiele dłużej. Miałem taki krótki epizod, gdy kupiłem pierwsze auto i potrzebowałem się z nim oswoić, a przy tym chwilowo jeździłem na zajęcia z studentami SGGW tylko dwa razy w tygodniu, za to na bardzo długo. Gdybym miał tak jeździć częściej, szkoda by mi było czasu na stanie w korkach i pieniędzy na paliwo, do tego jeszcze stres, ryzyko stłuczki... Zdarzało mi się też jeździć do pracy na motocyklu i tak rzeczywiście udawało się dotrzeć w 45 minut jadąc po linach rozdzielających pasy ruchu. Ale to „sport ekstremalny”, który niektórzy może lubią, ja nikomu nie polecam.

Rower zdecydowanie wygrywa. W każdym razie z początkiem kwietnia już nie mam zwyczaju aktywowania karty miejskiej. Tylko gdy naprawdę leje od wczesnego rana albo jest ekstremalna wichura sporadycznie przesiadam się na metro. Nagły, niespodziewany „prysznic” to nie problem. Peleryna zakrywająca mnie wraz z kierownicą załatwia sprawę a jednocześnie nie ogranicza wentylacji tak jak kombinezon, przeciwdeszczowy dobry na motocykl nie na rower. Poza krótkim i w miarę spokojnym odcinkiem Bonifraterska-Miodowa-Krakowskie Przedmieście – Nowy Świat – Plac Trzech Krzyży, jadę ścieżkami rowerowymi, tak że droga jest bezpieczna, przyjemna i ładna wizualnie. Czuję się dotleniony, mam przypływ endorfin, lekkie zmęczenie fizyczne schodzi szybciej niż zamulenia od siedzenia w zatłoczonym metrze. Zamiast benzyny czy diesla spalam rezerwy tkanki tłuszczowej. Nie wydaję pieniędzy na paliwo ani na bilety.

Sezonu rowerowego nigdy nie zamykam. Nadal sporo jeżdżę i zimą. Byłbym skłonny także do pracy, gdyby nie to, że z niezrozumiałych dla mnie przyczyn, ścieżki rowerowe, w przeciwieństwie do jezdni i chodników, nie są odśnieżane i wysypywane piaskiem, aby nie było ślisko. Może jednak i to się zmieni z czasem...