List o chodniku na ul. Dewajtis i psach w lesie
Piszę w sprawie rezerwatu Las Bielański i jego otuliny. Jeżeli to jest jeszcze rezerwat, oprócz tabliczki nic na to nie wskazuje.
Myślałam, że nic mnie już nie zdziwi – były różne pomysły dróg dojazdowych przez las do uniwersytetu. Jednak kolejny raz jestem pod wielkim wrażeniem tego, co bezkarnie można robić w rezerwacie i jego otulinie.
Od rzemyka do chodnika
9 marca byłam razem z mamą na spacerze po lesie Bielańskim. Ze zdziwieniem zobaczyłyśmy, że na końcu Dewajtis tuż przy uniwersytecie wbijane są krawężniki i robiony chodnik! Jak się dowiedziałyśmy – szerokości 2 metrów. Oczywiście kosztem runa leśnego a w dalszej części staną na przeszkodzie drzewa. Rozumiem, że jest tam uniwersytet, ale czy naprawdę trzeba tak dewastować REZERWAT? Chyba nigdzie indziej
na świecie nie ma czegoś takiego!
Przecież studentom nic się nie stanie, jak przejdą po normalnej leśnej drodze. Dla drzew, zwierząt i w ogóle lasu na pewno chodnik jest nie tylko zbędny, ale i szkodliwy – już widzę co się na nim będzie działo np. w niedzielę w porze mszy w kościele, jeden wielki parking.
Studenci jeżeli już naprawdę muszą mieć wygodny chodnik, to mogą iść drogą asfaltową, która już jest.
A może chodnik robiony jest z myślą o parkowaniu na nim samochodów?
Żeby już nikt nie czepiał się o zajeżdżanie pobocza?
Już od dłuższego czasu wzdłuż ulicy Dewajtis ciężko jest spacerować samochody jeżdżą i parkują gdzie się da, psując przyjemność oddychania świeżym powietrzem i niszcząc przy okazji wszystko co napotkają na drodze. Pamiętam, że kiedyś na poboczu ulicy Dewajtis rosły fiołki i inne rośliny teraz wszystko jest zajeżdżone (parkujące samochody) i wydeptane (stada studentów nieszanujących nic).
Kiedyś tuż przy Dewajtis można było spotkać sarny, było pełno ptaków. Teraz nawet ich dobrze nie słychać. Za to śmierdzi spalinami.
10 marca widziałam (prawdopodobnie prywatny – nie był oznakowany) samochód osobowy wjeżdżający do lasu ścieżką przy przystanku tramwajowym Las Bielański. Nie ma tam szlabanu, jak przy innych wejściach do lasu.
W lesie prawie wszystkie szersze ścieżki są rozjeżdżone. Nie trudno zobaczyć, że ślady opon samochodowych prowadzą do ulicy Dewajtis.
Kiedyś późnym wieczorem widziałam wyjeżdżające z lasu dwa motory.
Oczywiście spotkanie na ścieżkach straży miejskiej czy policji graniczy
z cudem, samochód czy motor spotkać o wiele łatwiej.
Jak las schodzi na psy
A teraz inna sprawa. W lesie naprzeciwko ul. Lindego wprawdzie samochody nie jeżdżą, ale jest problem psów czy raczej ich bezkarnych właścicieli. Psy puszczane są bez
smyczy i biegają po całym lesie. Nie raz widziałam panią czy pana idących ścieżką ze smyczą w ręku, a ich pies biegał tak daleko, że w ogóle nie było go widać. Przy wejściu do lasu wyraźnie jest napisane psy prowadzamy na smyczy. Ani straży miejskiej, ani policji w lesie spotkać nie można. Może warto by nieodpowiedzialnym właścicielom psów wlepić choćby nieduży mandat (wiadomo że do ludzi przemawia głównie uderzenie po kieszeni), a pieniądze z tego przeznaczyć na ochronę lasu.
Problemem jest nie tylko to, że las robi się powoli ubikacją dla psów,
jest też mniej zwierząt. Kiedyś często można było spotkać wiewiórki,
przychodzące do ludzi na orzechy. Teraz widać je coraz rzadziej, boją
się zejść z drzewa – są cały czas bardzo czujne.
Marzę i nie tylko ja o szybkim ratowaniu lasu i jego mieszkańców. Bo
może być za późno. Warto zachować ten rezerwat w stanie w jakim jest
obecnie (i tak już bardzo okaleczony) choćby dlatego że pobliskie ulice
zamieniły się już w jeden wielki parking dla samochodów gdzie jest
coraz mniej drzew (samochody parkują niemal na pniach) a krzewy i trawa
zajeżdżone i zadeptane na śmierć. Wystarczy przejść się ulicą Przy
Agorze. Telefony do Straży Miejskiej zgłaszające stada samochodów
parkujących w miejscach nie wyznaczonych na parkingi nie odnoszą żadnego
skutku. Przyjadą i pojadą. Kierowcy są po prostu bezkarni nie płacą
mandatów to robią swoje. Niepokojące jest też to że władze i służby,
które mogłyby coś zrobić, czekają z założonymi rękami aż się problem sam
rozwiąże. Winnego w każdym razie nie było, nie ma i nie będzie.
Niestety dewastacja przyrody jest nie do odrobienia. A przecież przyroda
to też i człowiek. Szkoda, że nie każdy zdaje sobie z tego sprawę.
Marta Roszczyk, Wiesława Roszczyk
[śródtytuły od redakcji]